Opowiada Marcie Paluch o. Tomasz Gałuszka OP w Gazecie Krakowskiej. Oryginał z 2013 r  tutaj

 Dla zachowania ciekawej treści wywiadu publikujemy go poniżej, dziękując Gazecie Krakowskiej

Co ma św. Jacek do pierogów? To legenda?
W każdej legendzie jest źdźbło prawdy. Ta jest oparta na opowieściach z "Żywotu św. Jacka" autorstwa lektora Stanisława. Dzieło to powstało w latach 50.-70. XIV w. i jak na razie jest podstawowym źródłem wiedzy o życiu św. Jacka. W księdze opisano wydarzenia m.in. z 13 lipca 1238 roku. Został on wtedy zaproszony do miejscowości Kościelec, 27 km od Krakowa. Tego dnia rozpętała się gwałtowna burza z gradobiciem, która całkiem zniszczyła zboże na polach. Ludzie byli zrozpaczeni, groziła im gigantyczna bieda i głód. Św. Jacek powiedział, żeby poszli się modlić. Następnego dnia zniszczone kłosy podniosły się i zbiory zostały uratowane. Tyle mówi lektor Stanisław.
A reszta?
Reszta to legenda, według której z tego zboża zrobili mąkę, z niej pierogi, którymi ugościli św. Jacka. Jest też druga historia, związana z najazdem tatarskim na Kraków w 1241 r. Mówi, że w tamtym czasie św. Jacek karmił krakowian pierogami. Co nie jest wykluczone, bo dominikanie dobrze gospodarzyli, mieli zaopatrzone spichlerze i z pewnością wspomagali mieszkańców splądrowanego miasta. Ślady tych zabudowań z czasów św. Jacka powoli odkrywamy dzięki badaniom archeologa krakowskiego dr. Dariusza Niemca. Widzimy zatem, że w opowieściach o naszym świętym mieszają się ze sobą prawda i legendy, co sprawia, że żyją, są nośne.

Choć nie wiemy, jakie to były pierogi.
Na pewno nie ruskie, bo ziemniaków na ziemiach polskich jeszcze wtedy nie było. Lubię tę opowieść, bo jest prosta i symboliczna zarazem. Św. Jacek nie dokonuje wielkiego cudu jak jego współbrat Czesław, który jakąś ognistą kulą odganiał od bram Wrocławia chmary Tatarów. Jacek jest od rzeczy zwykłych, prozaicznych. I dlatego łatwo można go zrozumieć i polubić. Większość z nas wiedzie normalne życie, nie ubarwione spektakularnymi wydarzeniami. To jest naturalne i tu właśnie najczęściej można spotkać Boga.

Dokonał wielu takich prozaicznych cudów?
Kilkadziesiąt, te średniowieczne zostały zebrane przez lektora Stanisława.

Można mu wierzyć?
To bardzo wiarygodne źródło. Po opisie każdego cudu podawał wyczerpująca listę świadków: zakonników, radnych miejskich itd. W księdze czytamy m.in., że święty ożywił kilku topielców, np. kilka miesięcy przed śmiercią w 1257 roku, w miejscowości Skrzynka koło Dobczyc. Św. Jacek jechał tam do Przybysławy, swojej stałej penitentki. Jej syn Wisław jechał przed nim i przekraczając rzekę, spadł z konia i utopił się. Gdy św. Jacek dotarł na brzeg rzeki, dowiedział się od zrozpaczonej rodziny, że kilka godzin wcześniej Wisław zniknął w odmętach. Wówczas święty odsunął się na bok i pogrążył w modlitwie. Jak pisze lektor Stanisław, rzeka wyrzuciła na brzeg ciało topielca, Jacek pomodlił się nad nim i chłopak wstał o własnych siłach.

Przydałaby się jego figurka na Zakrzówku.
Tylko czy ktoś tam na niego czeka? Tak czy inaczej, przy tej postaci widać, że nawet jego cuda były takie jak on. Do dominikanów i ich biura cudów, w którym spisywało się w latach 60. XIII wieku te relacje, przychodziło mnóstwo ludzi z dość prozaicznymi historiami.

Jakimi?
Np. kobieta, której zdechła krowa. Mówiła, że modliła się przy grobie św. Jacka, poszła potem do domu i zaczęli z rodziną już oporządzać nieszczęsne stworzenie, kiedy nagle krowa ożyła... Wydawałoby się, że krowa to nie sprawa dla świętego. Ale my patrzymy na to z perspektywy ludzi sytych. W średniowieczu dla biednej wieśniaczki brak krowy oznaczał śmierć jej rodziny. Było też wskrzeszenie konia przez naszego świętego... Jego hasło brzmi: nie ma rzeczy nieważnych, a święci nie zajmują się tylko tym, co wspaniałe i wzniosłe. Nie. Ważna jest krowa, koń, zboże. To modelowa realizacja zaleceń Ewangelii. Przecież Jezus również...

Zamieniał wodę w wino?
Tak, i żył ze zwykłymi ludźmi. Ani w nim,ani w św. Jacku nie było przekonania, że są powołani do wielkich rzeczy. Gdy pewnego razu, w 1244 roku, szedł ul. Kanoniczą, spotkał matkę z parą ślepych bliźniąt. Pomodlił się i uzdrowił je. Tak po prostu. Trochę jak o. John Bashobora mówił: w imię Jezusa uzdrawiam cię, wstań! Tak jakby wiara nie była ograniczona historią, obyczajami. Brał kogoś na bok i tłumaczył, jak Jezus w czasach apostolskich. To był człowiek z charyzmą, spontaniczny i przede wszystkim z żywą wiarą. Podobnie jak nasz o. Jan Góra, który gromadzi tłumy w Lednicy i wielu, wielu innych. Mówił prostym językiem, ludzie go za to kochali. Przyciągał ich do klasztoru, traktowali go jak swego.

Ideał papieża Franciszka?
Po prostu taki miał styl. To zresztą nie przypadek, że w Ameryce Łacińskiej ten święty jest bardzo popularny, bardziej nawet niż w Polsce. Nie był jednak tylko prostym zakonnikiem z Krakowa. W końcu podczas tatarskiego najazdu sam wyniósł marmurową Maryję z kościoła w dalekim Kijowie. I to na Jej osobistą prośbę! Tak mówi legenda. Na pewno - co potwierdza też lektor Stanisław - wiemy, że przez 20 lat nie siedział w swoim pięknym i bezpiecznym klasztorze krakowskim, ale na Rusi i Pomorzu głosił Ewangelię i doglądał nowych placówek zakonnych. Nie bał się pójść na żywioł, jechać w nieznany teren. Współpracował też z Krzyżakami, którzy wówczas - jak wiadomo - nie tylko nie byli zagrożeniem dla państwa polskiego, ale współdziałali w dziele misyjnym.

Współczesny ideał kapłana?
Myślę, że tak. Wiemy, że Jacek mógł zrobić karierę, gdyby chciał, należał do śmietanki intelektualnej ówczesnego Krakowa.
Ale nie zrobił?
Jak widać, nie był karierowiczem. Zresztą, zakon dominikański w XIII w. wręcz to utrudniał. Św. Tomasz z Akwinu był profesorem w Paryżu, ale gdyby władze zakonu chciały go przenieść jako nauczyciela do niewielkiego klasztorku gdzieś w głębokiej Italii, poszedłby bez szemrania. Św. Jacek też był z tego ducha. Wydaje mi się, że wysokie funkcje mogły go przerażać, bo by go uziemiły. Nawet jego imię - Jacko, Jaczko, Jaczeko, jest zwyczajną formą innego, nie wiemy zresztą jakiego - może Jakuba, Jana albo Jaksy, tak jak Staśko to forma imienia Stanisław... Jak widać, Jacek jest dość swojskim świętym, choć bracia przez lata starali się zrobić z niego kogoś większego niż był, kogoś zupełnie wyjątkowego...

Nad-Jacka?
Tak. Niektórzy - w dobrej wierze, ale wbrew faktom - widzieli w nim wyjątkowego misjonarza, którego zatrzymał dopiero mur chiński. Spójrzmy też na jego dzisiejszy grób, na wyjątkową kaplicę św. Jacka, gdzie wchodzi się po wyjątkowych schodach, za wyjątkową kratę, wyjątkowo wysoko. A on taki nie był. Choć pozostawał nieprzeciętny w swojej zwyczajności.

Czego może nauczyć nas dzisiaj?
Prawdziwego życia, bez iluzji i udawania. Współcześni ludzie bez przerwy gdzieś się śpieszą, są niepewni jutra, sfrustrowani, boją się. Św. Jacek swoimi dziejami mówi wprost: ludzie, nauczcie się normalnego życia z Tym, który nas stworzył i troszczy się o nas bardziej niż my sami o siebie. Trzeba żyć tu i teraz, nie pozwolić wydrzeć sobie tej rzeczywistości przez pogoń za tym, co ma się wydarzyć. Zwyczajnie cieszyć się z naszego życia i ludzi, których mamy. Metafora pierogów jest tutaj symboliczna. Bo cóż jest bardziej zwyczajnego od tej potrawy? Dla wielu z nas te zrobione przez mamę w domu są najlepsze i kojarzą się z miejscem, gdzie jest radość, bezpieczeństwo i miłość. Wielu z nas za to poczucie bezpieczeństwa i normalności w domu byłoby w stanie oddać wszystkie inne cuda, podróże dookoła świata i zdobycie biegunów Ziemi. Te Jackowe pierogi to po prostu symbol wołania o normalność i troskę o świat i ludzi, którzy nas otaczają.

Św. Jacek Odrowąż, patron dominikanów i Krakowa
Pochodził z potężnej rodziny Odrowążów, jego krewnym był Iwo, biskup krakowski.
Był wykształcony, pełnił funkcję kanonika krakowskiego. Św. Dominik oblekł Jacka w habit w 1221 r. Dominikanie w 1222 r. wraz ze współbraćmi otrzymali w Krakowie kościół parafialny św. Trójcy. Jacek jest patronem zakonu, choć nigdy nie był jego przełożonym. Jeździł z misjami na Ruś i Pomorze, założył klasztory m.in. w Gdańsku, Elblągu i Toruniu. Potem osiadł w Krakowie, gdzie miał dokonać kilkudziesięciu cudów. Zmarł w 1257 r.
Kanonizowano go w 1594 r.